Przejdź do treści głównej

Rozdział 1 Wyrzucona z rodziny

„Madisyn, wychowywaliśmy cię przez tyle lat. Nigdy nie sądziliśmy, że jesteś zdolna do takiego okrucieństwa. Ten dom nie zniesie dłużej twojej obecności. Musisz natychmiast odejść" — oświadczyła wyniosła kobieta stojąca przed Madisyn Chapman. Patrzyła na nią z pogardą i lodowatym chłodem, a jej elegancki strój ostro kontrastował z surowością słów.

„Mamo, proszę, to był wypadek. Straciłam równowagę i sama spadłam ze schodów. Madisyn nie miała z tym nic wspólnego" — powiedziała młoda dziewczyna siedząca na sofie. Była podobna do stojącej przed nią kobiety. Ściskała zabandażowane kolana, a jej oczy napełniały się łzami.

Zaledwie pół godziny wcześniej Jenna Chapman, biologiczna córka Chapmanów, spadła ze schodów. Madisyn była wtedy sama na piętrze.

Wszyscy uznali, że to ona popchnęła Jennę…

Teraz Chapmanowie patrzyli na Madisyn z jadem i obrzydzeniem. Jeszcze tydzień wcześniej zapewniali, że nie chcą się z nią rozstawać.

Madisyn spuściła wzrok. W jej oczach na moment przemknęła ironia.

Kiedyś była jedyną córką Chapmanów. Rodzice nigdy jej nie rozpieszczali, ale niczego jej nie brakowało. Zawsze zaspokajali jej podstawowe potrzeby.

Pozory runęły, gdy Jeffry Chapman, którego uważała za ojca, uległ poważnemu wypadkowi i pilnie potrzebował transfuzji krwi. Badania krwi ujawniły szokującą prawdę — Madisyn nie była jego biologicznym dzieckiem. Jeffry wykorzystał swoje rozległe kontakty i odnalazł prawdziwą córkę, Jennę.

Chapmanowie należeli do najbardziej wpływowych rodzin w Gemond, więc wieść szybko się rozeszła. Chcąc zapanować nad opinią publiczną i ocalić reputację, zapewnili, że nie odwrócą się od dziewczyny, którą wychowali. Zamierzali traktować Madisyn jak własną córkę jeszcze przez jakiś czas, zanim wróci do biologicznej rodziny.

Za zamkniętymi drzwiami mieli jednak zupełnie inne plany. Gdy zainteresowanie opinii publicznej osłabło, zamierzali po cichu pozbyć się Madisyn.

Po powrocie Jenny obwinili Madisyn za wszystkie lata jej cierpienia. Wyrzucili ją z pokoju do małego schowka i odebrali dotychczasową pozycję w domu.

Kazali jej wykonywać najgorsze prace. Traktowali ją gorzej nawet od służby.

Jennie wciąż było mało. Chciała, żeby Madisyn zniknęła.

Knuła przeciwko niej jedną intrygę za drugą, a rodzice przymykali na to oko. Ledwie ukrywali własną niechęć do Madisyn.

Te upokorzenia odebrały Madisyn ostatnie złudzenia na temat dawnej rodziny. Postanowiła wreszcie przeciwstawić się wyrządzonym jej krzywdom. Gdy napięcie sięgnęło zenitu, stanęła twarzą w twarz z Jenną i powiedziała stanowczo: „Odejdę, ale najpierw wyjaśnię wszystko do końca. Nie będę dłużej odpowiadać za twoje przewinienia, Jenna!"

Pod lodowatym spojrzeniem Madisyn Jenna straciła pewność siebie. Jej ciało lekko zadrżało.

Czy to naprawdę była ta sama Madisyn, która dotąd w milczeniu znosiła każde upokorzenie?

W oczach Jenny błysnęło coś mrocznego.

Co za suka!

To Jenna była prawowitą dziedziczką majątku Chapmanów. Madisyn była tylko uzurpatorką, która żyła w nienależnym jej luksusie.

Musiała wypędzić tę oszustkę!

„Madisyn, nie mam pojęcia, o czym mówisz!" W głosie Jenny brzmiało udawane niezrozumienie. „Odkąd odzyskałam należne mi miejsce i miłość naszych rodziców, czuję, że jesteś z tego niezadowolona. Mimo wszystkiego, co robiłaś, cierpliwie to znosiłam. Ale moje nogi… Jak mogłaś? Taniec jest całym moim życiem. To w nim wyrażam siebie. Gdybym wiedziała, jak bardzo zależy ci na miejscu w krajowym konkursie, w ogóle bym o nie nie walczyła."

Sugestia była oczywista: Madisyn z zazdrości umyślnie doprowadziła do jej wypadku.

Po słowach Jenny spojrzenie jej matki, Phyllis Chapman, stwardniało. W głosie kobiety zabrzmiała pogarda. „Jenna, masz niezwykły talent. Madisyn nigdy ci nie dorówna. To miejsce w konkursie od początku należało do ciebie. A ty, Madisyn!" Phyllis gwałtownie odwróciła się do Madisyn. „Spakuj swoje rzeczy i natychmiast wynoś się z domu!"

Zwykle ponura twarz Madisyn tylko jeszcze bardziej drażniła Phyllis.

Za to łagodna i utalentowana Jenna błyszczała w jej oczach — była prawdziwą Chapman.

Jeffry przez cały ten czas milczał. W końcu odezwał się z ciężkim rozczarowaniem w głosie. „Madisyn, umówiliśmy się, że zostaniesz, dopóki nie ucichnie zainteresowanie opinii publicznej. Tymczasem twoja niechęć do Jenny zaszła za daleko. Nie mamy wyboru. Jeszcze dziś odeślemy cię do twojej prawdziwej rodziny."

Gdy ojciec ogłosił, że Madisyn zaraz odejdzie, oczy Jenny rozbłysły triumfem.

Madisyn zachowała kamienną twarz. Weszła na piętro, żeby zabrać swoje rzeczy.

Długo nie wracała. Jennę zaczęło ogarniać lekkie zaniepokojenie. „A jeśli spróbuje zabrać ze sobą wszystko?"

Przecież wszystkie cenne rzeczy w domu prawnie należały do Jenny. Jak mogła pozwolić, by ta oszustka zabrała choćby część jej majątku?

W końcu Madisyn pojawiła się na schodach. Schodziła powoli, stawiając każdy krok z namysłem. Miała ze sobą tylko niewielką, niepozorną czarną torbę. Chłodno omiotła wzrokiem salon. Jeffry poczuł się tak nieswojo, że odwrócił oczy.

Na widok skromnego bagażu Madisyn Phyllis zmarszczyła brwi. „To wszystko, co spakowałaś? Co jest w środku? Pokaż mi" — zażądała podejrzliwie.

Jeffry podniósł rękę i przerwał przesłuchanie prowadzone przez żonę. „Daj jej spokój." Prawdopodobnie miała tam tylko kartę, którą kiedyś jej dał. Zostało na niej zaledwie 100 tysięcy dolarów.

Madisyn bez słowa położyła torbę na stole. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. „Sprawdź, skoro musisz."

Phyllis prychnęła. Nie potrafiła ukryć nieufności. „Może spakowała coś cennego" — mruknęła i rozpięła torbę. W środku znalazła jedynie notes, kilka nasion i mały plik gotówki. Nie było tam żadnych kosztowności, których tak się obawiała. Phyllis spłonęła rumieńcem z powodu bezpodstawnego oskarżenia, po czym szybko się wyprostowała. „Kierowca cię zawiezie" — oznajmiła oschle.

Przytłoczony sytuacją Jeffry sięgnął do kieszeni i wyjął kartę. „Madisyn, kiedy wrócisz do swoich rodziców, słuchaj ich. Są rolnikami, to prawda… Ale to dobrzy, prości ludzie. Powinnaś im pomagać."

Madisyn spojrzała na wyciągniętą kartę. Jej piękne oczy nie zdradzały żadnych emocji. „Każdy ma własne przeznaczenie" — odpowiedziała cicho i odsunęła kartę z powrotem w stronę Jeffry'ego. „Zanim jednak odejdę, musimy coś wyjaśnić. Jenna, jak naprawdę spadłaś ze schodów? To twoja ostatnia szansa, żeby powiedzieć prawdę."

Jenna kipiała ze złości. Spokój Madisyn doprowadzał ją do szału. Mimo skromnego pochodzenia dziewczyna zachowywała się tak, jakby stała ponad nimi wszystkimi.

Przecież Madisyn nie pochodziła z bogatej rodziny!

Była tylko córką dwojga rolników!

„Madisyn, co próbujesz zasugerować? Że sama rzuciłam się ze schodów?" Odparła Jenna. „Moje nogi są całym moim życiem. Bez nich nie mogę tańczyć. Dlaczego miałabym celowo je sobie uszkodzić?" Gdy to mówiła, coraz bardziej się nakręcała. W końcu wybuchnęła teatralnym płaczem i osunęła się w ramiona Phyllis.

Trzask!

W tej samej chwili w stronę Jenny pomknął wazon. Przeciął napiętą atmosferę i przerwał jej przedstawienie. Przestraszona Jenna odruchowo zerwała się na nogi.

W pokoju zapadła cisza. Wszyscy, łącznie z Phyllis i Jeffrym, patrzyli na nią w osłupieniu.

Nagła zwinność Jenny wszystkich zaskoczyła. Czy nie twierdziła, że przez obrażenia nie może nawet wstać?